Nie ulegaj każdej pokusie zakupowej – czyli o tym dlaczego kontrolowanie wydatków (nie tylko tych na ubrania) jest ważne

Trzeci artykuł z serii rozsądnego wydawania pieniędzy na ubrania. Zanim zaczniesz czytać dalej, ważne jest abyś zrozumiała/miał moje podejście, co sądzę o drogich i tanich rzeczach, i jak podchodzę do gromadzenia rzeczy w mojej szafie. Napisałam już dwa posty o tym. Link do części pierwszej tutaj, a do części drugiej tutaj. Jeżeli oba posty są już Tobie znane, zapraszam do dalszego czytania.

Ostatnio napisałam o tym, że bardzo ważne jest dla mnie wyznaczenie sobie budżetu i restrykcyjne trzymanie się go. Dlaczego? Dlatego, że tylko dyscyplina chroni mój budżet przed niekontrolowanym wydawaniem pieniędzy. Pokus w obecnym świecie jest mnóstwo. Wiele osób chwali się tym, że ma nową Chanelkę, nową Birkin, nowe buty, nową biżuterię. Ważne jest aby zrozumieć, w którym przypadku pokazywanie takich rzeczy jest czymś naturalnym, a w którym granica mentalna i materialna zostaje przekroczona.

Przeanalizujmy dwie różne sytuacje:

  1. Osoba kupująca dysponuje ogromnym budżetem. Załóżmy, że jej miesięczne wynagrodzenie netto (czyli to które zostaje zaksięgowane na koncie bankowym) sięga abstrakcyjnej kwoty 50 tys. zł. Pewna część tej kwoty zostanie przeznaczona na utrzymanie domu / mieszkania, pewna część na samochód i inne podstawowe wydatki. Spójrz na poniższą tabelę aby poznać dokładną strukturę wydatków. Mimo, że wydatki tej osoby są dość wysokie, to ma ona wystarczająco dużo wolnych środków na zakup nowej torebki i butów. Pomimo tych drogich zakupów, na koncie tej osoby nadal pozostało 61% wolnych środków.
  2. Osoba kupująca dysponuje ograniczonym budżetem. Załóżmy, że jej miesięczne wynagrodzenie netto sięga kwoty 4,5 tys. zł. Około 20% tej kwoty zostanie przeznaczona na utrzymanie domu / mieszkania, kolejnych kilka procent zabierze samochód, kolejna dużą częścią budżetu jest zakup jedzenia. Czy takiej osobie zostaje też dużo pieniędzy aby móc zaoszczędzić / zainwestować i do tego kupić sobie nową drogą torebkę lub buty? NIE.

Spójrz jak graficznie prezentuje się różnica pomiędzy tymi osobami:

Już na pierwszy rzut oka widać, że wydatki osoby numer 1 stanowiły mniej niż 50% jej miesięcznego budżetu. Osoba druga decydując się na zakup drogich butów pozbawiła się zaś gotówki, która jak zasugerowałam na powyższej ilustracji, może być jej bardzo potrzebna w przypadku nagłych sytuacji losowych. Osobie pierwszej pozostala nadal ponad połowa pierwotnie dostępnego miesięcznego kapitału. Jak myślicie co z tymi pieniędzmi zrobi mądrze zarządzajacy podmiot? Kupi kolejna Birkin? Zdecydowanie nie. Wykorzysta je aby pomnożyć swój kapitał.

Jeszcze jedna ważna informacja – mimo, że w przykładzie tym podałam przykładowe kwoty absolutne wydatków, nie radziłabym się nimi sugerować. Co nas interesuje to miara relatywna, bowiem tylko ona tak na prawdę daje nam pewien pogląd na to, jak bardzo poszczególne wydatki obciążają dany budżet. Nigdy nie analizuj i nie porównuj kosztów miarami absolutnymi (czyt. wyrażanymi liczbami np. 100 PLN). Te nie dają miarodajnej informacji o kondycji finansowej danego podmiotu (fizycznego i prawnego). Dużo ważniejsze są miary relatywne (czyt. wyrażone procentami), bowiem pokazują one, jak bardzo poszczególne wydatki obciążają dany budżet.

Wspominałam już, że każdego roku przygotowuję orientacyjną listę zakupów. Lubię pewną strukturę, której staram się konsekwentnie trzymać. Przy tworzeniu listy określam budżet, jaki będę mieć do dyspozycji. Wbrew pozorom nie jestem rozrzutną osobą. Uważam, że fakt posiadania większej ilości pieniędzy nie upoważnia do ich wydawania na prawo i lewo. Osobiście kupuję tylko to, co bardzo mi się podoba lub to, czego na prawdę potrzebuję. Staram się tak dobrać ubrania w mojej szafie, aby łatwo je można było łączyć ze sobą, aby znaleźć coś na każdą okazję i aby moje outfity nie były zbyt powtarzalne i nudne. Kupuję czasami droższe rzeczy (bo lubię) i jednocześnie o nie bardzo dbam. Na przestrzeni lat nazbierała mi się już całkiem pokaźna kolekcja. Tak, tak… mój (pozornie nie aż tak ogromny zbiór) to konsekwentne dokupywanie zazwyczaj porządnych rzeczy na przestrzeni kilku lat. To zbiór przemyślanych zakupów. Pisałam już o tym, ale powtórzę się jeszcze raz. Zanim kupię coś drogiego, bardzo długo rozważam za i przeciw. Muszę być pewna, że tego potrzebuję, i że będzie mi to służyć przez długi czas. Każda droga rzecz musi pasować do innych, tak abym mogła ją bez problemu łączyć. Nie kupuję drogich ubrań, butów czy torebek po to, aby trzymać je w gablocie jak trofea. Buty kupuje się po to aby je nosić, podobnie jak torebki, biżuterię czy ubrania. Nie wiem czy wiesz, ale od leżenia rzeczy też mogą się zniszczyć (np. zakurzą się do tego stopnia, że stracą połysk). Kupuj dlatego rozsądnie. Kupuj tak aby korzystać z dokonanych zakupów. Ciesz się zakupionymi rzeczami, o których długo marzyłaś/łeś. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku i budżetu.

No właśnie – jaka jest rozsądna granica budżetu na zakupy? Dla mnie waha się ona pomiędzy 10 a 15% mojego dochodu netto (co nie oznacza, że zawsze tyle wydaję – często wydaję nawet sporo mniej). Mało? 10% to znowu miara relatywna i dla każdego będzie miała inną wartość. Dla jednego 10% spełni wszystkie zachcianki, a dla drugiego wystarczy na coś drobnego. To się w tym momencie nie liczy. Liczy się to, aby nie wydać zbyt dużo na rzeczy materialne, które tracą wartość i w żaden sposób nie przyczyniają się do poprawienia Twojej sytuacji materialnej. Tak wiem, potocznie przyjmuje się, że jak ktoś jeździ Porsche lub nosi torebkę Chanel to ma dużo pieniędzy i wysoki status społeczny. Kluczowe jest pytanie co rozumiesz pod pojęciem status społeczny? Drogi samochód? Niestety jest to często zgubne myślenie średniej klasy i nowobogackich (i niestety niektórych bogatych). Jeżeli ktoś ma bardzo dużo pieniędzy i trochę rozumu, to ostatnią rzeczą jaką chciałby pokazać to outfit za 100 tys. PLN idąc do sklepu po bułki. Prawda jest taka, że udowadnianie komuś na siłę, że ma się dużo jest w złym guście. Dlatego żadna torebka, drogi zegarek, buty lub samochód nie pokazują prawdziwego statusu materialnego i społecznego. Jest wiele osób, które kupiły Rolexa oraz wiele innych drogich rzeczy na raty bo aktualnie nieźle zarabiają i chcą się pokazać. Wyobraź sobie teraz co stanie się z tymi osobami, jeśli stracą swoją dobrze płatną pracę? Nadal będą tak bogaci jakby się wydawało? Mogę Cię zapewnić, że niektórzy będą mieli problem ze spłatą swoich wszystkich zobowiązań. Życie na pokaz to głupota, a niestety wiele ludzi w mediach społecznościowych kultywuje ten model zachowania. Na szczęście jest jeszcze masa ludzi, którzy zachowują zdrowy rozsądek 🙂 .

Wróćmy jednak do wspomnianych 10 %. Taki procent (lub nawet mniej) pozwala mi przede wszystkim na pewność, że nie wydam za dużo, a po drugie na spokojne uzupełnianie rzeczy, których potrzebuję. 10% – 15% to bezpieczny zakres dla portfela. Z jednej strony chroni kapitał przed niekontrolowanym odpływem, a z drugiej nadal pozwala cieszyć się zarobionymi pieniędzmi. Pracujesz przecież nie tylko po to aby płacić rachunki i odkładać na czarną godzinę. Wydawanie pieniędzy na siebie i bliskich w granicach rozsądku też sprawia pewną mentalną satysfakcję. To w pewnym sensie nagroda za ciężką pracę. 

10% sprawdza się genialnie w przypadku młodych osób. Co jeżeli masz większa rodzinę? Może się okazać, że 10% to za mało bo dzieci potrzebują nowe buty, strój do szkoły etc. Podsumuj swoje dostępne środki i sporządź plan wydatków. Określony procent wydatków musi być przede wszystkim realistyczny. Realistyczny, ale jednocześnie wystarczająco challengujący. Testuj i próbuj jaka kwota w Twoim przypadku najlepiej się sprawdza. Ja zdefiniowałam sobie jaka kwota musi pozostać miesięcznie na moim koncie. Z resztą eksperymentowałam, aż odkryłam idealną dla mnie proporcję. Jeżeli 10% w Twoim przypadku to za mało, zmień na 15%. Jeżeli wyznaczyłaś sobie np. 15% i jesteś w stanie kupić sobie większość rzeczy, które chciałaś to super! Pomyśl może czy jednak nie warto rzucić sobie wyzwania i ograniczyć się może o 1% lub o 2.  

Wróćmy jeszcze do mediow społecznościowych…

Żyjemy w świecie bardzo rozwiniętych mediów społecznościowych, gdzie pokusy zakupowe czyhają na każdym kroku. Prawda jest taka, że to nie media społecznościowe kreują trend na posiadanie drogich rzeczy. To ludzie, którzy używają tych środków przekazu. Czy wszyscy ludzie? NIE. 

Nie uważam, że złym jest pokazywanie nowych i drogich rzeczy. Jest sporo osób, dla których czymś naturalnym jest zakup drogich i ekskluzywnych przedmiotów. To osoby zbliżone do osoby nr 1 z naszego przykładu. Skłamałabym gdybym napisała, że drogie rzeczy to zło. Nie są one złem. Złem jest kupowanie drogich rzeczy w momencie kiedy nie ma się nadwyżki budżetu. Spójrz jeszcze raz na wykresy. Osobie 1. zostało 61% wolnych środków, które może przeznaczyć na inwestycje i rozmnożyć kapitał. Osobie drugiej nie zostało nic. Nie dość, że straciła wszystko na buty, które po jakimś czasie się zniszczą, to jeszcze pozostała bez szansy na rozmnożenie swojego kapitału.

Ważne jest więc, aby w gąszczu zdjeć i komentarzy nie dać się zatracić i zrozumieć dlaczego, niektórzy kupują dużo i nie stanowi to problemu dla ich budżetu. Trzeba przefiltrować Instagram, odnaleźć takie osoby i wziąć je za inspirację. Osobiście unikam kont, które najpierw zachęcają do zakupu zegarka lub torebki (które często otrzymały w prezencie), a za jakiś czas wystawiają te oto produkty na sprzedaż. Ich obłuda sięga zenitu. Unikajcie takich kont jak ognia. Nie wiem jak można opowiadać, że coś jest super, a później perfidnie wystawić to na sprzedaż. Dla mnie takie osoby tracą całą autentyczność od razu. Ich zapewnienia o przydatności i jakości produktu były niczym innym jak kłamstwem. Bo skoro produkt jest taki super to po co go sprzedawać? Takie oto ‘influencerki’ robią sobie pseudo kampanie reklamowe wśród odbiorców zapewniając ich o przydatności produktu i tym samym nakręcając na zakup, a w rzeczywistości nie robią nic innego jak przygotowują sobie bazę pod sprzedaż produktu. To jedna z bardziej okrutnych strategii marketingowych. Uważam, że stosujący tę strategię są mało wiarygodni i jedyne na czym im zależy to sprzedaż. Dobro odbiorcy w tym przypadku spada na ostatni plan.

To nie jest jednak tak, że wszyscy są źli, i że nie ma uczciwych bloggerów. Są i to jest ich sporo. Warto jest ich śledzić i brać za przykład. Jest wiele wiarygodnych bloggerek i bloggerów, którzy polecają tylko to co zostało przez nich sprawdzone. Aktywnie też używają polecanych rzeczy. Ja bardzo lubię przyglądać się śledzonym przeze mnie profilom i obserwować, czy i jak długo używają rekomendowanych produktów. W ten sposób widzę też, czy mam do czynienia z wiarygodną osobą, czy tylko tą ukierunkowaną na sprzedaż (tę przestaję śledzić ). Przyznam też, że w przypadku moich ulubionych i wiarygodnych bloggerek często testuję rzeczy, które poleciły i rzadko kiedy się zawiodłam.

To by było na tyle dzisiaj. Mam nadzieję, że wpis ten Wam się przydał. W kolejnym artykule weźmiemy pod lupę konkretne produkty, na które MOIM zdaniem nie warto wydawać pieniędzy. Poszukamy również ich ewentualnych zamienników. 

Na koniec jeszcze jedna prośba – jeżeli uważasz, że posty te warte są przeczytania, proszę podziel się nimi. Udostępnij je na swoim profilu na Instagramie, po to aby tekst ten mógł dotrzeć do jak największej liczby osób. Bloga prowadzę hobbystycznie i nie będę ukrywać, że tworzenie takich wpisów zajmuje bardzo dużo czasu. Będę zatem bardzo szczęśliwa jeżeli te wpisy dotrą do jak największego grona odbiorców. Uważam, że razem możemy zrobić coś dobrego i promować zdrowe podejście do tematu wśród pasjonatów modowych.

Pozdrawiam

Share:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

2 Comments

  1. Iwona
    July 18, 2019 / 7:54 pm

    Gratuluję genialnego wpisu! Jestem kobietą 30+, konto na instagramie założyłam przed 30stką, jak portal dopiero raczkował. Najpierw pod wpływem influencerek zamarzyłam o podstawowych modelach LV – Speedy, Neverfull, marzenie spełniłam, ale przecież do takich torebek nie będę nosiła zegarka MK. Kupiłam więc Longinesa, do tego szalik Burberry i chustę LV, portfel? Nie mógł być niemarkowy, padło na Saint Laurent. Potem zdałam sobie sprawę, że potrzebuję szpilek Valentino chociaż na szpilkach chodzić nie potrafię i zaczęłam interesować się kolejnymi torebkami. Wpadały Mulberry, Burberry, Saint Laurent, marzyłam jak każda kobieta o Chanel Classic Flap. W końcu się doczekałam, kupiłam, co to były za emocje i przysięganie, że to już ostatnia! Po 2 miesiącach z Flapem zaczęłam myśleć o Boyu, przy okazji kupiłam jeszcze inne markowe dodatki, sukienki już nie z Zary, tylko francuskie Sezane… i nagle się obudziłam. Mieszkam w PL, zarabiam w złotówkach, skończyłam z tymi wszystkimi markowymi rzeczami i z kredytem na 80 000zł. Spłacam go do dziś i chyba najsmutniejsza moja refleksja jest taka, że nigdy nie miałam dość :/ Ciągle chciałam więcej, już Longines mi nie wystarczał, już marzyłam o Rolexie, ja która poruszam się komunikacją miejską! (Swoją drogą bawią mnie posty, że dziewczyny w komunikacji miejskiej mają podróbki LV czy Chanel, jestem żywym przykładem na to, że nie). Postanowiłam przestać kupować rzeczy na które mnie nie stać, ale przede wszystkim dałam unfollow wielu “luksusowym” instagramerkom. Nic mi nie pomogło, jak właśnie ten ruch. Nie mam męża milionera, nie mieszkam przez pół roku w Miami czy Mediolanie… a aspirowałam trochę do takiego życia :/ Jest mi wstyd i dlatego tym bardziej doceniam takie wpisy, każda kobieta powinna je przeczytać! Poruszyłaś też istotny problem wyprzedawania różnych rzeczy przez instagramerki, to jest prawdziwa plaga nakręcająca wśród obserwujących coraz to nowsze potrzeby. Dziękuję Ci za tę serię, jest naprawdę wartościowa dla osób takich jak ja. Żałuję, że od początku nie towarzyszyło mi takie podejście jak Twoje, pozdrawiam serdecznie!

    • Dorota
      Author
      July 18, 2019 / 8:25 pm

      Cześć. Przede wszystkim dziękuję za Twój komentarz. Każda osoba, która wyciąga coś z moich wpisów udowadnia mi tylko, że warto poświęcić wolny czas na tworzenie tych postów.
      Niestety taka jest ludzka natura, że chce się mieć te same rzeczy co inni i rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę, że szczęście, poczucie spełnienia i pewność siebie nie pochodzą od materialnych rzeczy. Spełnienie, szczęście i pewność siebie rodzą się w naszej głowie. Niestety w obecnych czasach bardzo ciężko odizolować się od zewnętrznych wpływów, a niektóre nieco bardziej przedsiębiorcze osoby (jak np. bloggerzy na Instagramie) wykorzystują ten fakt aby zarobić na innych. Dlatego takie rozsądne podejście jest najlepszą bronią na pokusy kreowane przez innych użytkowników platform społecznościowych. Czasami najlepiej wykorzystać strategię przeciwnika, aby go pokonać. Może jak zacznie się więcej pisać i mówić o szanowaniu pieniędzy, i o nieuczciwych praktykach blogerskich, to precedens zarabiania na opowiadaniu bzdur (jak kupowanie Birkin pod inwestycję) uda się nieco ograniczyć 🙂